Zmęczony Bogiem

ponad miesiąc temu

Maraton trwa

Zostało odcinki do końca.
47min

Czy Bóg, Jezus, chrześcijaństwo męczy? Ile można wytrzymać będąc świętym? Po jakim czasie człowiek ma dość? Niektórzy ludzie dają widocznie radę, bo nie wyglądają na bardzo zmęczonych po 30 latach. Jak oni to robią?

Dyskusja

Don Camilo
ponad miesiąc temu

"Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili".
"Lakkość i słodkość brzemienia" polega na tym, że nawet jak się zmęczyłem (psychicznie lub fizycznie) to i tak mam z tego regenerującą satysfakcję.

Jest też inny rodzaj roboty, który często promują tradycyjme kościoły: pełen stresu ZAPIEPRZ wynikający z tego, że "tak trzeba" albo ze strachu przed utratą zbawienia.
Ciekawe, że występujące na pęczki w Nowym Testamencie greckie słowo PONEROS oznacza zarówno coś ZŁEGO (ang. evil) jak również UCIĄŻLIWEGO, powodującego smutek, przygnębienie i utratę smaku fajnego życia.

Dlatego przygodę z chrześcijaństwem powinno się zacząć od ODPOCZYNKU (szabatu) - pierwszej rzeczy nazwanej w Biblii "świętą" i "obłaskawioną przez Boga".
"A zatem pozostaje odpoczynek szabatu dla ludu Bożego. Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich. Spieszmy się więc wejść do owego odpoczynku"

Po czymś takim wręcz chce się coś robić, tym bardziej, kiedy się wie, że jak coś schrzanimy możemy zawsze uderzyć do Szefa, który zawsze chce pomóc a nie wywalić z roboty.

Rot
ponad miesiąc temu

Nadal nie rozumiem jak "bezpłatność" zbawienia nie jest sprzeczna z wymaganiami wobec zbawianego.
Jeśli Jezus mówi, co trzeba robić by być zbawionym, to zbawienie otrzymuje się za czynne posłuszeństwo wobec Jezusa. W pracy, na przykład, jak szef mówi co trzeba robić by dostać wypłatę to wypłatę dostaję się za wykonywania zadanej roboty.
Można ten prosty system próbować obchodzić, na przykład aby ominąć podatki czy coś w tym guście, przysługa za przysługę ;), ale to tylko techniczne szczegóły, nie sądzę aby Bóg w ten sposób zbawiał ludzi.
Przykład z synem też dobrze ilustruje mój problem, bo choć opisujesz, że syn dostał coś za darmo, to przecież bycie synem wiąże się z wieloma niepisanymi regułami, przywilejami i obowiązkami. Dostał posadę bo jest synem i Ojciec oczekuje od niego wypełnienia jego synowskich zobowiązań. Albo może nie oczekuje niczego i może sobie być permanentnym synem marnotrawnym. Tak czy inaczej nie może czegoś wymagać i nie wymagać niczego jednocześnie.
Lepiej czynić niż nie czynić - co do tego nie mam wątpliwości, ale wydaję mi się, że sama Biblia ma - przynajmniej w części uzasadniającej dlaczego lepiej.

Kaziq
ponad miesiąc temu

Rot, ja nie wiem czy dobrze rozumiem, ale rozumiem to tak, że te czyny wypływają z tego jaki człowiek jest, a nie odwrotnie. "Wymagania", o których piszesz, to bardziej wzór (ideał) do sprawdzania jak daleko lub blisko masz do bożego ideału. Jezus mówił co trzeba robić i to brzmi jak wymagania, ale trzeba pamiętać, że on to mówił tak, żeby zrozumieli to prości prości ludzie, czyli pewnie upraszczał (bo musiał, skoro nawet dzisiaj ta koncepcja jest trudna do ogarnięcia dla wielu). Czyli nie: "zbawienie mamy za darmo, ale musimy robić konkretne rzeczy, żeby zasłużyć", tylko raczej: "zbawienie mamy za darmo, ale rzeczy, które robimy, pokazują czy faktycznie uwierzyliśmy i przyjęliśmy to zbawienie". Praktyczna różnica jest z pozoru niewielka, ale zmienia chrześcijaństwo ze zwykłej transakcji ("czyż i poganie nie robią podobnie?") w coś dużo większego, ciekawszego i zupełnie wyjątkowego. Zmienia nasze nastawienie z "postępuję dobrze, bo muszę, żeby nie trafić do piekła" w "postępuję dobrze, bo chcę, bo taki jestem (dzięki Jezusowi)". To drugie nastawienie daje dużo więcej radości i bardzo rzadko męczy (a jak już, to tylko na chwilę).

Martin
4 tygodnie temu

Dobrze to Kaziq opisał.

Apostoł Paweł opisał to wszystko w liście w takim skrócie:
"Bóg posłał syna, aby wykupił tych, którzy byli pod prawem, abyśmy dostąpili usynowienia. A ponieważ jesteście synami, Bóg posłał do waszych serc Ducha swego Syna, wołającego: Abba, Ojcze! Tak więc już nie jesteś sługą, ale synem, a jeśli synem, to i dziedzicem Bożym przez Chrystusa".

Ja się staram te zwięzłe zdania wyjaśnić po swojemu, tłumacząc to na nasze współczesne czasy i na nasze współczesne umysły. Tak czy owak istota sprawy jest ta sama i widać z Biblii, że nie może to być transakcja typu "życie w zamian za zasługi". Napisane jest wprost, że "już nie jesteś sługą ale synem" i coś to jednak musi znaczyć, gdzieś musi być ta różnica.

Różnica w największym skrócie jest taka, że sługę się zatrudnia, a synem się jest.

Zakładając że w rodzinie nie ma patologii i jest trochę miłości, to syn zwykle chce pracować dla ojca. Nie z obowiązku, strachu, groźby. Paweł pisze, że nasz duch woła raczej "tato" a nie "panie kierowniku", no nie?

Nasza tragedia polega na tym, że prawie nikt z nas nie doświadczył takiej wzorcowej, fajnej relacji ojciec-syn, więc myślimy trochu patologicznie...

Co jeszcze?